Poznanie siebie kluczem do skutecznego samozarządzania.


Czytałam opublikowany swój post i pomyślałam, że muszę dokonać małych zmian – nic pilnego, nic aż tak istotnego, ale wpływanie na jakość treści.

Otworzyłam przeglądarkę, chciałam  zakutualizowac wpis i okazało się, że muszę wpisać hasło. Brrr, nie cierpię tego – w związku z tym, że dużo czasu spędzam w sieci – wszystko raczej mam tak dopasowane żeby unikać straty czasu na ciągłe wpisywanie haseł – sprzęty mi to zdecydowanie ułatwiają. Zatem gdy napotykam się z przeszkodą w postaci „zaloguj się ponownie” – to o tyle ile nie jest to pilne działanie, na które akurat poświęcam czas – zostawiam to na później… a wiesz jak się „później” kończy – na „nigdy”. Jednak skoro coś nie jest aż tak ważne, często nie odczuwałam problemu związanego z nie zrobieniem tego😉

Dzisiaj gdy napotkałam znowu na tą blokadę – pomyślałam – zrobię później i … od razu zaśmiałam się duchu, myśląc – czyli nigdy… Wpisałam hasło i zrobiłam co zamierzałam… Pomyślałam sobie wtedy jak dobrze jest znać siebie i umieć zarządzać swoimi słabościami.. nie żebym miała tą sztukę już opanowaną, ale to był znak, że praca jest w toku😉

Kiedyś byłam osobą, która uważała, że trzeba postępować wg ustalonych zasad i norm. Jak coś trzeba zrobić, to trzeba i nie należy z tym dyskutować. Moje naturalne predyspozycje raczej pchają mnie w skrajności, zatem jak zaczęłam na pewnym etapie tzw. „prace nad sobą” przeszłam na przeciwny kraniec tej szali. Nauczono mnie, że jeżeli czegoś nie robię to są ku temu powody, że nic nie dzieje się bez powodu, że powinnam znaleźć źródło a nie postępować wg narzuconych schematów i norm…

No i zaczęłam – zakwestionowałam wszystko, uznałam że nic mi się nie chce, nic nie warto i nic nie ma sensu. Nie to, że nic nie robiłam, ale robiłam tylko to co musiałam bo przecież wszystko inne jest takie płytkie i pozbawione sensu – niektórzy nazywają to uwolnieniem od systemu – ale daleka jestem do takiego porównania. Zaczęłam żyć w przekonaniu, że jak mi się nie chce i nie robię tego od razu to znaczy, że nie jest to ważne i potrzebne w moim życiu. Na jakimś etapie to się sprawdzało, ale była też pułapka😉

Do wszystkiego trzeba dochodzić stopniowo – zatem po chwili w niebycie, przyszło objawienie prawdziwej siebie. Spotkałam swoje zalety, ale też wady o których nie miałam pojęcia – albo miałam, ale sobie sprytnie je ukrywałam. No i wyszło, że mam tendencje odkładania wszystkiego „na potem”. W przypadku posiadania „bata” w postaci etatu,  to się sprawdzało – w końcu były deadliny, o których zwierzchnicy przypominali, więc zawsze wykonywałam co do mnie należało. Jednak gdy sam sobie jesteś „batem” – sprawa wygląda zgoła inaczej – możesz przełożyć sobie deadline, tym bardziej, że bez projektu który czeka na rozpoczęcie – też jest ok😉 Gdy zrozumiałam destrukcyjne skutki takiego postępowania – powiedziałam sobie – koniec, z tym przekładaniem wszystkiego. Zbuntowałam się przeciwko sobie bo odkrywając czasem swoje zachowania, nie zawsze byłam dumna z siebie.*

Do czego zmierzam – do tego, że poznanie siebie jest kluczowe. Możemy przeczytać tysiące książek, możemy uczestniczyć w setkach szkoleń – ale to zawsze będzie gra dopóki nie poznasz siebie. Dzięki wiedzy dorzucisz kilka schematów, niektóre pozornie odkryjesz żeby zstąpić innymi. Jednak w końcu pękniesz, tak się nie da w dłuższej perspektywie…

Więc najlepiej chwycić przysłowiowego „byka za rogi” – zmierzyć się ze swoimi słabościami, poznać swoje wady, słabe strony, a potem świadomie nimi zarządzać. Wtedy mamy największą szanse na sukces😉

Naucz się siebie i zarządzania swoimi słabościami – nikt nie jest doskonały, po prostu niektórzy sobie lepiej radzą z sobą😉

Ania

 

*podobno nieświadomie powielamy 80% modeli wzorców