Moja historia z boreliozą


Moja historia z boreliozą

Pamiętam ten ból, ból i niemoc – to najbardziej pamiętam z tego czasu i to, że nic nie pamiętam…

Szczerze – do dzisiaj nie mam pewności, czy zachorowałam na borelioze po ugryzieniu kleszcza 4 lata temu czy bakteria była ze mną od dziecka gdy biegając  ciągle po lesie, który kochałam – przynosiłam je codziennie do domu. Nie wiem – to pytanie jest ze mną do dziś – być może miało miejsce i jedno i drugie. Niektóre z symptomów które teraz mam uświadomione były ze mną od dziecka, ale nie zwracałam na nie nigdy uwagi. Jednego wniosku jestem pewna – póki dbałam o dietę i aktywność fizyczną, mój organizm jakoś sobie radził, wszystko zaczęło się gdy weszłam na złą drogę żywienia i dodatkowo kontuzja uniemożliwiła mi treningi.

Jak to się zaczęło – od kolana – książkowy przykład. Na tamten czas dosyć intensywnie trenowałam 4-5 razy w tygodniu, czasami częściej. Po godzinie spinningu szłam na godzinę treningu funkcjonalnego gdzie przez pół godziny robiłyśmy składy i moje ciało to akceptowało. Mój organizm był do tego przyzwyczajony, w końcu od dziecka trenowałam taniec, potem studiowałam na AWFiS. Podczas jednego z treningów z taśmą poczułam straszny ból w kolanie, który uniemożliwił mi dalszy trening. W związku z tym, że ból nie przechodził mimo zaprzestania treningów – udałam się do lekarza ortopedy. On po obejrzeniu zdjęcia i wyników stwierdził, że nie ma żadnego urazu, a jedyne co mi dolega to brak mazi w stawie kolanowym. Zalecił mi smarowanie maścią i przyjmowanie jakieś tabletki. Po czasie dowiedziałam się, że badanie w kierunku boreliozy w takich przypadkach to pierwszy krok w postępowaniu – mi go na moje nieszczęście „zaoszczędzono”.

Ból mimo tego nie przechodził, a wręcz nasilał się i „przeszedł” na drugie kolano czasami wręcz uniemożliwiając chodzenie. Jednak jako osoba, której ból nie jest obcy – funkcjonowałam z nim dalej smarując kolano i przyjmując tabletkę. Oczywiście środowisko zaczęło mi wmawiać hipochondrię – i tu był mój największy błąd – pozwoliłam sobie w to uwierzyć. 

Faktycznie od młodzieńczych lat poprzez sugestie zaczęłam zauważać zależność moich chorób z sytuacjami stresującymi. Zauważyłam, że zazwyczaj choruje po sytuacji, która wywołała u mnie duże emocje. W związku z tym, że na tamten czas miałam bardzo stresującą sytuacje w pracy, nie trudno było mi uwierzyć, w to że jest somatyzacja stresu. Funkjonowałam w ten sposób z bólem w kolanie, a jedyna aktywność jaką mogłam wykonywać to rowerki w powietrzu w celu tworzenia się mazi w kolanie.

To było początek zejścia na złą drogę – brak aktywności fizycznej – zwłaszcza dla organizmu, który przez całe życie miał jej bardzo dużo.

Następne co pamiętam to bóle – teraz je mogę nazwać wędrującymi. Na tematem czas nie miałam tej wiedzy. Występowały w różnych miejscach niczym zgrubienia, a może to tylko moja wizualizacja bólu. Ktoś mi poradził, że powinnam udać się na masaż limf, ktoś inny powiedział, że mam podobnie i uciska te miejsca aż do zaniku bólu. Więc co robiłam? Uciskałam jak bolało – tak mocno i tak długo aż przestało. Teraz mnie to strasznie bawi. Pamiętam jak siedziałam przed telewizorem zajadając jakieś smakołyki jedną ręką, a drugą uciskając bolące miejsce – weszło to już w moje życie jako element codzienności. 

Kolejny krok był tym co wpłynęło w moim odczuciu najbardziej niekorzystnie – przestałam dbać o dietę. Zaczęłam jeść produkty, których wcześniej unikałam – głównie pszenice i cukier, ale też żywność przetworzoną i fast foody. Pamiętam, że tak jak do tamtego czasu mój organizm słabo trawił takie rzeczy, tak w tamtym czasie mogłam jeść wszystko i w olbrzymich ilościach i … chudłam. To było coś niesamowitego – spełnienie marzeń😉😂

Potem wspominam już moje życie jak przez mgłe – ból, słabość, otępienie – zapominanie podczas wypowiedzi o czym się mówiło…

To chyba najbardziej mnie niepokoiło – nie ten ból fizyczny, ale to że przestałam „ogarniać” bo inaczej nie da się tego ująć w całość. Nie pamiętałam co robiłam dnia poprzedniego, nie pamiętałam co powinnam zrobić – zaczynałam bardzo dotkliwie odczuwać te symptomy. Jednak nawet nie one tak bardzo mnie przestraszyły jak to, że zaczęłam mieć omamy wzrokowe. Na szczęście zatrzymały się, na etapie, że kątem oka widziałam przebiegające myszki lub kotki, a nie jak w niektórych przypadkach które miałam okazje poznać – postacie ludzi rzucających się na samochód – widziane przez jedną z dziewczyn w zaawansowanym stadium choroby. To mnie przestraszyło najbardziej – bo zobaczyłam możliwość tego, że nie będę mogła funkcjonować swobodnie w społeczeństwie i wolnym świecie.

Udałam się do lekarza w celu wykonana testów na borelioze bo zasugerowała mi to osoba z mojego bliskiego otoczenia po raz kolejny widząc jak podupadłam na zdrowiu. Lekarz oczywiście zbagatelizował wszelkie moje symptomy. Na tamte czas dosyć często zjawiałem się u lekarzy i chyba przypisali mi łatkę hipochondryczki. Zasugerował udanie się w pierwszej kolejność do … psychiatry.. W związku z tym, że na tamten czas było mi obojętne kto mi pomoże, udałam się do psychiatry. Dopiero jego opinia, że nie widzi problemów o podłożu psychologicznym spowodowała, że otrzymałam zlecenie na badanie. 

Wynik wyszedł graniczny – gdy to zobaczyłam, przed wizytą u lekarza po raz pierwszy wpisałam w wyszukiwarkę objawy boreliozy. Napotkałam na prace zbiorową pod redakcją lek. med. Artura Klimaszewskiego „Borelioza i współinfekcje”. Do dzisiaj pamiętam moment, w którym doszłam do symptomów i okazało się, że mam 90% z nich. Łzy stanęły mi w oczach, najbardziej ze złości, że skoro ta 120 stronicowa książka mogła mi zaoszczędzić tego wszystkiego, gdyby ktoś wcześniej gdy szukałam odpowiedzi na moje złe samopoczucie, był po jej lekturze – nie byłabym tak skrajnie wykończona…

Z gniewem mieszał się strach, przed tym co teraz..

Miałam olbrzymie szczęście spotykać w tym czasie osoby, które były mi pomocne. Podczas pobytu w małym osiedlowym sklepiku zielarskim pytałam o rdest japoński nie informując w jakim celu. Stojące za mną małżeństwo zapytało czy na borelioze. Okazało się, że przeszła przez nią cała rodzina. Podsunęli mi pomysły na leczenie i wskazali kompetentne do tego osoby. Tak trafiłam do dr Kaczor Felskiej w Gdynii, która dała mi nadzieje. Zadzwoniłam do niej od razu, a Ona słysząc moją historie umówiła mnie na wizytę o 21.30 po swojej pracy. Przekonywałam nie tylko symptomami boreliozy, ale również potwierdzonym w dwóch badaniach usg – guzem o wielkość ok 10cm na tarczycy.

Do lekarza, u którego byłam wcześniej udałam się po skierowanie na badania potrzebne do wizyty u doktor – nie otrzymałam ich, ale za to chętnie chciano mi dać skierowanie na płatne badanie Western blot, które jest w zaleceniach jako kolejny krok po pozytywnym pierwszym wyniku.

Wszystkie wyniki musiałam robić na własny koszt – a liczyć to mogę w tysiącach. 

Na tamten czas nie sądziłam, że jest ze mną tak źle. Dopiero doktor uświadomiła mi (kierując na szereg specjalistycznych badań) w jak słabej kondycji jest mój organizm. Słowa „nie wiem czy Pani przeżyje jak stanie się Pani cokolwiek” do dzisiaj brzmią mi w uszach. Ale Ona też pokazała mi, że jest wyjście z tej sytuacji, w końcu ktoś pozwolił mi obrać kierunek.

Na tamten czas na antybiotyk byłam za słaba zatem otrzymałam listę suplementów, które miałam wprowadzić, a które miały mnie postawić na nogi. Przy 21 tabletce poległam – uznałam, że takie ilości suplementów mnie wykończą i postawiłam na jeden kompleksowy plus na restrykcyjną dietę zaleconą przez doktor.

Przez pół roku nie spożywałam glutenu, nabiału, cukru, smażonego, pomidorów, mięsa wieprzowego (to na stałe wykluczyłam z diety) i wszystkiego co mogło alergetyzowac jak np. orzeszki ziemne. (Po pół roku zaczęłam stopniowo wprowadzać te produkty do diety.)

To był okres depresji jedzeniowe – jak miałam przygotować sobie coś do jedzenia wolałam w ogóle nie jeść. Po jakimś czasie po prostu zaczęło mi brakować pomysłów, a strasznie nie lubię monotonii w kuchni. Jednak wytrwałam, a poprawa samopoczucia mnie do tego motywowała.

Do końca nie wiem co mi naprawdę pomogło: czy suplementy, które stosowałam, czy restrykcyjna dieta (wg niektórych moich bliskich – to głównie), czy miłość, która wtedy stanęła na moje drodze i która nie pozwoliła mi uwierzyć, że jest ze mną źle. Im dłużej myśle, tym bardziej dochodzę do wniosku, że wszystko miało swój udział. Fakt był faktem, z każdym dniem czułam się lepiej. Postanowiłam też zmienić toksyczne środowisko, odeszłam z pracy i „za słońcem” przeprowadziłam się na południe Polski, zmęczona ciągłym jego brakiem na Pomorzu🙂 Postawiłam wszystko na swoje zdrowie!

Po roku od pierwszych badań udałam się do lekarza chorób zakaźnych we Wrocławiu , gdzie podejście do pacjenta jest zgoła inne. Został mi wykonany test na obecność bakterii i opinia Pani Doktor była taka, że nie ma sensu wprowadzać antybiotyku ponieważ organizm sam zaczął zwalczać bakterie. Podobno jest dosyć częste w przypadkach osób, które nie przyjmują antybiotyku zaraz po ugryzieniu tylko borelioza wychodzi u nich z czasem. Ze stanu osoby ocierającej się o śmierć  (co usłyszałam od innej doktor nauk gastroenterologicznych, że zainfekowane jelita świadczą o ostatnim stadium choroby – a u mnie tak było) – doprowadziłam swój organizm do stanu, w którym sam zaczął zwalczać bakterie… czasami sama w to nie mogę uwierzyć.

Co zabawne na tamten czas – po roku leczenia – miałam tak wysoki poziom przeciwciał w wyniku badań, że dopiero wtedy wezwał mnie sanepid i pewnie dopiero dla pierwszego z lekarzy to by był sygnał do leczenia. Paradoks

Od tamtego czasu już nigdy nie zrobiłam testu i nie byłam u żadnego lekarza. 

Czy jestem zdrowa?

Tak – to moja odpowiedź.

Czy bakteria jest wciąż ze mną ? – myśle, że tak.

Czasem daje o sobie znak, ale wtedy kiedy nie dbam o siebie, kiedy nieodpowiednio się odżywiam, kiedy przepracowuje się – jest moim strażnikiem dbania o siebie. Nauczyłam sie z nią żyć i sobie z tym radzić. Mam nadzieje, że niedługo już całkowicie sie pożegnamy. Czasami zastanawiam się czy to już nie nastąpiło, a okazjonalne bóle to pamięć tamtych czasów, kto wie.. 

Nie interesuje mnie to na tyle, żeby wykonywać kolejne testy, które o niczym nie świadczą, chyba że poprawiła się ich skuteczność🤔 – w końcu w każdej sekundzie przybliżamy się do nowego jako ludzkość..

Dlaczego uwierzyłam w alternatywne metody leczenie? Bo nikt nie potrafił mi wyjaśnić co mi dolega. Nikt ze świata nauki i medycyny nie potrafił rozwiązać mojego problemu, nikt nie był w stanie wytłumaczyć moje przypadku, a ja umierałam…

Zazwyczaj umieranie kojarzy się z pobytem w szpitalu, z konaniem na łóżku – u mnie tak to nie wyglądało. Teraz wiem, że do każdego smierć przychodzi inaczej, a to jak ją przyjmiesz zależy od tego jaki masz sposób na życie. Ja walczyłam do końca, nigdy nie uwierzyłam w to, że mogę umrzeć.

Póki co żyje i mam się dobrze, czasami mam gorsze dni.. ale to chyba jak każdy. Przyjmuje każdego dnia to, że może być on moim ostatnimi ale nie definiuje tym jakości swojego życia – korzystam z niego jak mogę i szukam nowych możliwości.

Podobno wszystko dzieje się po coś – ja w to wierze – moja choroba była jednym najlepszych darów od losu jakie dostałam – pozwoliła mi poznać siebie, dostrzec inny świat i nauczyć się takiej wrażliwości na moje potrzeby,  jakiej nigdy nie miałam. Otworzyła mi nowa drogę – przekazywania wiedzy dotyczącej świadomości żywieniowej – ugruntowała moja pasje życia…

Każdy ma swoje doświadczenia, kwestia przyjęcia tego jako dar nie jako cierpienie..

 

Powodzenia🙂