Czy chcą nas wykończyć?


Czy chcą nas wykończyć?

Ostatnio coraz częściej dochodzą do mnie teorie spiskowe o zagładzie Słowian, czy w ogóle częściowo ludzkości. Nie powiem dokładnie, kogo i jak – bo nie biorę ich na poważnie.

Dlaczego?

Nawet jeżeli, jest w tym ziarnko prawdy (podobno jest w każdej plotce), to nikt nam nic nie zrobi, bez naszej zgody. To my mamy wolny wybór i od naszych decyzji zależy, czy damy się dobić, czy będziemy żyć w zdrowiu.

O co chodzi?

Chyba głównie o pożywienie. Po tym jak  chemtraisy już przestały być na topie, teraz wykańcza nas pożywienie –  słabej jakości, z dużą ilością chemii.  Zresztą to dzieje się od dłuższego czasu. Trudno się z tym nie zgodzić – tylko czy od razu należy szukać w tym teorii spiskowych? Już kiedyś jeden z „wielkich” przywódców powiedział – dajcie Polakom wolność i sami się wykończą – i szczerze, tak też to widzę. 

Jakiś czas temu wykonano w Polsce badanie na produktach z oznaczeniem „zdrowa żywność” – okazało się, że blisko połowa nie spełnia kryteriów tego oznaczenia – żywność, która wydawałoby się, jest szczególnie obwarowana – aż strach pomyśleć, co jest w żywności dla przeciętnego śmiertelnika.

Tylko ja się w tym wszystkim zastanawiam – kto pracuje w tych fabrykach produkujących to pożywienie? Kto zarządza normami jakość – chyba nie zwolennicy wybicia Słowian?

Może niestosowne porównanie: ale to tak jak odcinamy się od zbrodni w Oświęcimiu – tylko wg jednej z badaczek, tego przykrego okresu, z którą miałam przyjemność rozmawiać – to Polacy pracowali przy produkcji cyklonu B, w fabryce w pobliżu obozu – udając, że nie wiedzą do czego, a rozchodzących się raz w tygodniu zapach palonych ciał ignorowali… Mam wrażenie, że historia zatoczyła koło.

Wiem – lubię dosadne porównania, ale zawsze mi się to nasuwa gdy czytam o tym, że w kolejnych produktach żywnościowych znaleziono substancje szkodliwe – ta historia oświęcimska. Tylko teraz wybijamy siebie w inny sposób – podając bardzo słabej jakości pożywienie – niczym konia trojańskiego…

Polacy są w czołówce krajów pod względem przyjmowanych leków i suplementów – dziwi Cię to? Mnie wcale – jak można być zdrowym i odżywiony jedząc taką chemię jaką serwują nam na półkach.

Mówi się, że jesteśmy śmietnikiem Europy i świetnym miejscem na badania kliniczne nowych preparatów. Najlepiej – zniszczyć system odpornościowy, wykończyć organizm, a potem jako remedium podać darmowy testowany lek – jak badania na szczurach – coś strasznego. Ale co ten biedny człowiek ma zrobić skoro całe życie jadł, wydawać by się mogło dobrze (ale tanio), nagle zachorował i nie ma dla niego rozwiązania – aż tu cud – zgłasza się do niego firma i oferuje bezpłatną pomoc – jak pakt z diabłem – niektórym się udaje – cześć idzie w statystyki, jako nieudana próba… przykre.

Wiem, że duża cześć firm już nie jest polska, wiem że na naszym rynku w dużej mierze produkty są firm z zachodu. Rozumiem, że wydawać się może nierealnym uciec od tej machiny.

Ale zasadnicze pytanie: czy chcemy?

Bo może jednak się da? 

Wola to podstawa.

Zadbano o to, żebyś na wysokości swoich oczu i rąk w sklepach, miał te produkty, które ktoś zarządzający chce żebyś kupił – nikt nie patrzy na Twoje zdrowie i skład tych produktów.

Wiesz, co o tym decyduje?

To ile dany koncern zapłaci!

Zatem może warto czasem schylić się lub podnieść głowę by zobaczyć czy przypadkiem regionalny młyn, nie ma mąki na najniższej półce, bo nie stać go na wyższą? Widzę drugą stronę medalu – niestety jakość produktów z niszowych firm – ale na to można też znaleźć rozwiązanie testując kilka. 

Mieszkając we Wrocławiu i jeżdżąc po jego okolicach, zaskoczona byłam wieloma miejscami, gdzie sprzedawano warzywa i owoce prosto z ogródka. Pamiętam kiedyś sytuacje jak Pani sprzedawczyni kazała mi poczekać i pobiegła na pole wyrwać mi świeżą marchewkę – biegła z tymi marchwiani brudnymi od ziemi do mnie, a ja ten obrazek mam w głowie do dzisiaj – szok i radość!

Innym razem zatrzymałam się przy starej bramie w której siedział starszy Jegomość. Warzywa i owoce, które sprzedawał, były mało estetyczne – każdy innej wielkości, powyginane kształty, niektóre zbyt małe – ale czy to nie świadczyło o naturalności – że stworzyła je tylko i wyłącznie  natura? Bo jakby ktoś nie miał doświadczenia w tym temacie – tak naturalnie u mojej babci w ogródku wyglądały warzywa i owoce. Kupiłam u Pana ogórki do kiszenia – jak mu to powiedziałam, poszedł za mur otaczający jego sad i przyniósł mi chrzan, bo rósł tam –  żebym miała świeży do ogórków. 

Jeden z szefów mojego narzeczonego zawsze publikuje ogłoszenia z okolic Wrocławia z miejscami, w których można samemu nazbierać sobie owoców. Jestem przekonana, że w każdym miejscu w Polsce są takie możliwości. 

Na każdym z rynków miast, w których byłam, gdzieś na uboczu stoi starsza Pani z truskawkami ze swojego ogródka, nie tak dużymi, nie tak pięknymi ale bez sztucznych nawozow – bo ją po prostu na nie nie stać. Podrzuci może czasami naturalnego nawozu od jej krówek, które pasą się na łące i jedzą świeżą trawę,  zamiast paszowatej chemi. Jedyna chemia która przyjmują to ta z chemtraisów😉 

Pomyślisz – idealistka – tak – jestem nią, bo podobno jak myślisz o świecie takim on jest i u mnie tak właśnie to wygląda – taki otacza mnie świat. 

Też chcesz – zacznij tak o nim myśleć – że zawsze masz wybór i to Ty decydujesz…

Jak widzisz – to Ty wybierasz – albo produkty systemu albo natury. 

Nikt Cię nie chce dobić – sam to robisz…